Ogarniając wzrokiem moje własne mieszkanie, orzekłabym z lekkim wahaniem, iż należymy do osób zarówno "wypośrodkowanych", jeśli chodzi o podejście do zakupów, jak i wpadających w obydwie wyżej wzmiankowane szufladki. Nie żyjemy w ascezie, jednak z racji niskich zarobków nie możemy sobie pozwolić na zbyt wiele; mój Partner realizuje swoją elektroniczno-akustyczną pasję polegającą na nabywaniu sprzętu audio, a przy tym może się "poszczycić" znaczną wstrzemięźliwością na innych polach (chociażby garderoba). Gdyby mnie wszakże przycisnąć do muru, przyznałabym, że chyba bardziej pasuje do nas łatka zbieraczy, gdyż rzeczy wciąż przybywa, przez co nasza egzystencja staje się coraz mniej komfortowa.
Jedną z często mnie nawiedzających (i wręcz hołubionych) fantazji jest ta, w której cała nasza rodzina (łącznie ze starzejącymi się rodzicami, bratem, bratową i ich dzieckiem) musi w ciągu doby spakować najważniejsze rzeczy i przenieść się na wielki, dryfujący albo po morzu, albo w przestrzeni kosmicznej statek. Myślę o tym, ponieważ absorbuje mnie rozmyślanie, co też zdecydowalibyśmy się ze sobą zabrać, jakie obiekty uznać za wartościowsze niż pozostałe, a co porzucić na zawsze. Dla minimalisty spakowanie się w średniej wielkości plecak nie stanowiłoby problemu. Dla ludzi tak objuczonych przedmiotami jak my taka sytuacja stanowiłaby ogromne wyzwanie.
A przecież żadnej rzeczy nie zabierzemy ze sobą do grobu. Wszystko, co z tak wielkim trudem uciułaliśmy i starannie zachomikowaliśmy w naszych domach, zostanie w najlepszym razie przekazane młodszemu pokoleniu, a w nieco gorszym - zamieni się w stertę śmieci. Wszystko to bowiem marność nad marnościami, prawda? Tyle, że rozum swoje, a serce swoje. Należący do śp. babci wazon zapewne do niczego mi się nie przyda, lecz stanowi jakby przedłużenie jej bytności na tym łez padole. A moje osobiste pamiątki, choćby i całkowicie niepraktyczne, wywołują tyle przyjemnych emocji. Może warto zatem znaleźć złoty środek pomiędzy obsesyjnym zbieractwem a wzgardą dla posiadanej materii?
Jestem zdania, że we wszystkim trzeba zachować umiar. Nie uciekniemy całkiem od materializmu i przywiązywania się do przedmiotów, bo na to mogą sobie pozwolić jedynie dzikie plemiona żyjące w dżungli, ale i nie powinniśmy czynić z ich posiadania sensu naszego życia.
OdpowiedzUsuńSłusznie prawisz.
UsuńOdnośnie tego, że żadnej rzeczy nie zabierzemy do grobu, jakiś czas temu czytałem o facecie, który został pochowany ze swoim samochodem, czyli jak się człowiek uprze to się jednak da 😉😅 Wiesz, nie trzeba podróży w kosmos, wystarczy wojna, by człowiek musiał się szybko decydować co mu naprawdę jest potrzebne, a co zostawić i uciekać... Ukraińcy sie o tym przekonali gdy musieli zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy a resztę swojego życiowego dorobku porzucić.
UsuńOwszem, ale w przypadku wojny możliwy byłby - teoretycznie - powrót na stare śmieci. A mnie się "marzy" porzucenie totalne. :)
UsuńPorzucenie totalne i tak nas wszystkich czeka 😉 Można rzec, że porzucimy wszelkie dobra doczesne na amen 😅
UsuńTeż często o tym myślę, że mam za dużo rzeczy i wszystkiego nie zabiorę ze sobą, gdziekolwiek, nawet do grobu. Ale pozbyć się rzeczy jest trudno.
OdpowiedzUsuńWyjechałem kiedyś z jedną walizką na dwa lata, nie tak dawno temu. Można to porównać do tej tratwy czy statku kosmicznego.
Muszę powiedzieć, że nie brakowało mi tego, co pozostawiłem (tymczasowo) w mieszkaniu. Wiem, że czasami spoglądałem wtedy na swój walizkowy dobytek i myślałem sobie -- wcale tamtych rzeczy nie potrzebuję. ;)
Nie znaczy to, że łatwo byłoby mi się tego pobyć, co mam teraz. ;)
To musiało być niezwykłe doświadczenie: tylko jedna walizka dobytku. Podziwiam.
UsuńTak to było ciekawe uczucie, trochę jakby wyjazd na długi urlop.
UsuńZ drugiej strony, to tak naprawdę, to czego potrzebujemy?
Niezależnie od tego, że i tak kupiłem sobie potem wiele rzeczy, jak ubrania czy coś do sportu.
Teraz jestem znowu na starych śmieciach, ale czasami myślę sobie, że w ogóle mi większość tego niepotrzebna. Z tym, że człowiekowi trudno pozbyć się większości rzeczy.
Mam znajomą, która przeprowadza się chyba ze dwa razy do roku, przed miesiącem znowu, do innego miasta. Ona ma z każdą przeprowadzką chyba coraz mniej rzeczy. Tyle, że ona dużo kupuje, ale też sprzedaje, na przykład jakieś szafki czy coś.
Najgorzej jest chyba przeprowadzać się z meblami. Nie dziwię się Twojej przyjaciółce, że sprzedaje szafki. :)
UsuńNo, z meblami to ja się chyba tylko ze dwa razy przeprowadzałem i za każdym razem pozbywałem się czegoś :)
UsuńNajgorzej to i tak pralka, bo ciężka, bo większość mebli to da się teraz jakoś rozłożyć :)
Piwnica też jest czasami zagracona, tak akurat u dobrego kumpla było niedawno ;o)
Bardzo bliska jest mi myśl o tym „złotym środku”. Chyba problem zaczyna się nie wtedy, gdy mamy dużo rzeczy, ale wtedy, gdy rzeczy zaczynają mieć nad nami władzę — kiedy ich posiadanie albo nieposiadanie staje się elementem naszej tożsamości. Z drugiej strony czasem trudno całkowicie odciąć się od emocjonalnej wartości przedmiotów. Zdarza się że nie przechowujemy starego wazonu wyłącznie dlatego, że jest użyteczny, ale dlatego, że przechowuje kawałek czyjejś historii.
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się też motyw przeprowadzki na statek — takie ekstremalne „co naprawdę zabrał(a)byś ze sobą?” jest chyba świetnym sposobem na sprawdzenie, które rzeczy są dla nas rzeczywiście ważne, a które po prostu przez lata zdążyły się zadomowić w naszym otoczeniu. Może więc nie chodzi o to, żeby mieć jak najmniej, tylko żeby bardziej świadomie wybierać to, czym chcemy się otaczać.
Ano właśnie, ten babciny wazon nie jest mi do niczego potrzebny, gdyż nie zbieram ani nie kupuję ciętych kwiatów, lecz jakże jest mi drogi. A bywa, że pewne rzeczy przechowuję od wielu lat. Trudno być całkowicie rozsądnym w tych kwestiach. :)
UsuńJohn Grey w książce - Mężczyźni są z Marsa a kobiet z Wenus napisał, że mężczyźni to łowcy którzy realizują założony plan i na nim się skupiają , tak jak kiedyś w polowaniu na mamuta. Kobiety zaś należą do grupy zbieraczy. Od dawnych czasów zbierały jagody, maliny i grzyby kiedy mężczyźni polowali na mamuta i tak im zostało. Taki atawizm. Czy jesteśmy zadowoleni z posiadania?
OdpowiedzUsuńStare przysłowie mówi jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Andrzej Poniedzielski w Eleganckiej piosence o szczęściu, przewrotnie przerabia to przysłowie: „Jak się nie ma, co się lubi, to nie lubi się i tego, co się ma”.
Ha ha, bardzo dowcipne jest to powiedzonko. :)
UsuńChyba większość ludzi jest taka pół na pół właśnie, trochę zbieractwa, trochę minimalizmu i jest to ok. Ważne żeby rozsądnie podchodzić do wszystkiego. Ja zostałam w rodzinnym mieszkaniu, w którym mam teraz masę niepotrzebnych rzeczy i tak walczę miedzy sentymentem a potrzebą przestrzeni przy pozbywaniu się ich. Lubię mieć trochę książek na półce ale zawsze kupując cokolwiek myślę przez miesiąc czy na pewno tego potrzebuję, za co czasem muszę dostać po głowie pieszczotliwie od lubego, bo zacznę się zastanawiać, czy na pewno potrzebuję nowej pralki, kiedy starej się już nie da naprawić. Gdybym miała uciekać chyba zostawiłabym wszystko i zadbała tylko o bezpieczeństwo najbliższych, w tym także kota. Jeśli świat ma się kończyć, to chyba zaczynamy od początku.
OdpowiedzUsuńFaktycznie, dobrze jest zastanawiać się przed niemal każdym zakupem, czy naprawdę tego potrzebujemy. Ale ja bym chyba nie mogła każdej rzeczy zostawić za sobą, jakbym musiała uciekać.
UsuńLubię piękne rzeczy, ale coraz częściej myślę, że już więcej mi nie potrzeba. Wydaje mi się, że z wiekiem taka rezygnacja z zachcianek łatwiej mi przychodzi.
OdpowiedzUsuńTaki plecaczek z najważniejszymi rzeczami zawsze mam z tyłu głowy, chociaż nigdy się jeszcze nie spakowałam.🫣
Możliwe, że wiek dojrzały pozwala spojrzeć na rzeczy materialne z dystansem. :)
Usuń