Tak zwana "manosfera", czyli "pospolite ruszenie" rozmaitych guru od mężczyzn oraz męskości, od dłuższego czasu uporczywie twierdzi, iż rynek matrymonialny jest dla płci silnej niekorzystny, między innymi przez wygórowane oczekiwania białogłów, ich chciwość, puszczalstwo tudzież inne "czerwone flagi", które prowadzą prędzej czy później do przykrego, rozciągniętego w czasie rozwodu, po którym mężczyzna traci znaczną część zasobów, a nierzadko nawet dostęp do potomstwa. Czy owi przestrzegający przed ułomnością współczesnych pań Red- i Blackpillowcy mają rację? Tego do końca nie wiem. Przyjrzę się tylko jednej cesze, która tak ich przeraża, czyli tzw. body count.
Wyrażenie to oznacza w slangu wojskowym liczbę zabitych wrogów, natomiast w sferze seksualnej chodzi o liczbę byłych kochanków. Im wyższa liczba, tym bardziej niewiasta w mniemaniu "manosfery" jest zepsuta, co akurat ma chyba pewne przełożenie na rzeczywistość, gdyż z każdym kolejnym PRZELOTNYM partnerem maleje zdolność do zawarcia trwałego, opartego na silnej emocjonalnej więzi związku. Zapewne istnieją panie, które mogłyby tej hipotezie zaprzeczyć, lecz czy jest ich wiekszość czy raczej drobny ułamek rozwiązłej populacji?
Oczywiście można by uznać, że seksualna przeszłość jest sprawą tak intymną, że aż nie wypada o nią pytać (zwłaszcza na pierwszym spotkaniu), a jak już jakiś pan się zagalopuje, to nie powinien narzekać, jeśli otrzyma odpowiedź w najlepszym razie wymijającą. Dzisiaj o wiele łatwiej niż dawniej ukryć swoje przeszłe amory, okraszone alkoholem one-night-stands, cuchnące lubieżnością wyjazdy integracyjne, etc. Niemniej w przypadku odkrycia bujnej pod względem erotycznym historii swojej lubej, mężczyzna może poczuć się urażony, zraniony, wręcz upokorzony - i awantura gotowa. Albowiem dla niego są to sprawy bardzo istotne. Tak istotne, że decydujące o być albo nie być wspólnej drogi.
A co z przeszłością mężczyzny? Czy ma - powinna mieć - dla jego partnerki znaczenie? Nie wiem, jak inne panie, ale mnie od lowelasów zawsze odrzucało. Cenię wierność, stałość i powagę w uczuciach. I może dlatego "manosfera" z jej pogardą dla kobiecego puszczalstwa oraz jednoczesnym zachwytem dla takich samych "samców" budzi we mnie co najwyżej politowanie. Pod względem obyczajowym nie ma równości, ale pod względem moralnym już być powinna.