wtorek, 29 września 2026

Czy lubisz czytać?

Czytanie jest wspaniałe. Cudowne. Genialne. Ale czy lubię czytać tak samo, jak dwadzieścia lat temu? Zdecydowanie nie. Nadmierne korzystanie z Internetu znacznie przytępiło u mnie przyjemność obcowania z drukiem. Dzisiaj czytam rzadko. I krócej. Wstydzę się tego.

Za to chętnie słucham audiobooków. Owszem, idę na łatwiznę. :) Mam ich tak dużo, że mogę przebierać jak w ulęgałkach.

Korzyści płynące z czytania:

Naukowcy z Cambridge dowodzą, że czytanie dla przyjemności chroni mózg przed demencją. Nowa analiza pokazuje, że książki to potężne narzędzie neuroprotekcyjne – szczególnie jeśli czytamy je z autentycznej pasji. Regularna lektura poprawia pamięć, empatię i zdrowie psychiczne oraz zmniejsza ryzyko otępienia.

Jednak żeby nie było - zaczęłam też kilka ebooków. Zwykle czytam po 3-4 książki naraz, co może wydawać się postronnej osobie dziwne, lecz dla mnie jest normą. :)

sobota, 26 września 2026

Polityczne szaleństwo

Polityka nie jest dla każdego. Nie każdy nadaje się do czytania i analizowania wieści z tej dziedziny, zwłaszcza że nie ma (przynajmniej u nas) bezstronnych mediów, a to one dostarczają nam "pożywki" w tym temacie. Ja na przykład zdecydowanie odmawiam brania udziału w politycznych nawalankach, a sama wojna polsko-polska z całą jej bezmyślną nienawiścią, pogardą i odrazą do każdego, kto myśli inaczej niż my sami, przeraża mnie i zasmuca. Nie twierdzę, że podziały są złe; przeciwnie, lepiej się pięknie różnić niż być jednolitym. Niemniej agresja "PiSowców" i "POwców" wobec siebie nawzajem świadczy o poważnych niedoborach moralno-intelektualnych u zaangażowanych osobników. Dodajmy do tego trzecią siłę - Konfederację - która napierdala w dwie pozostałe jak dzięcioł w drzewo - i mamy genialny obraz upadłej kondycji polskiego narodu, który zamiast budować woli ze sobą walczyć.

Czy jednak przejmowanie się cudzymi hyziami nie jest samo w sobie oznaką czegoś przykrego? Skoro już olewam politykę do tego stopnia, że czytam co najwyżej nagłówki newsów o nią zahaczających, to czy nie powinnam także machnąć ręką na zacietrzewienie rodaków? Możliwe. Trudno jednak ominąć rozjuszone politycznie towarzystwo. W nawale blogów i filmów ukierunkowanych na pognębienie ideologicznego oponenta szukam wciąż tego, co nie wywołuje skrętu kiszek swoją agresywną postawą wobec drugiego człowieka. Bezustanne wykłócanie się o migrantów, aborcję, LGBT, Kościół czy nawet demografię przykrywa istotne problemy, z jakimi boryka się nasza ojczyzna: zapaść służby zdrowia, niedofinansowanie wojska i policji, zależność od UE czy nawet USA... No dobrze, ja się na tym nie znam, może nie mam racji. Może nie wiem, co naprawdę jest ważne.

Czytałam, że konflikty na tle politycznym potrafią rozbić rodziny, skłócić przyjaciół, nadszarpnąć więzi sąsiedzkie. Aż chciałoby się zadrwić, że co Polak, to inna wizja właściwie zarządzanego państwa. Czy jednak nie tracimy życia na te jałowe bądź co bądź spory, na zbieranie liżących nam tyłek popleczników i rozjątrzanie bolesnych ran (z przeszłości dalszej i bliższej) oraz na werbalną wojenkę z nielubianymi politykami? Z jednej strony to, co wyczyniają ci ostatni, zdecydowanie wpływa na naszą egzystencję. Z drugiej strony wszakże, większość z nas karmi się sączoną przez "wiarygodne" media negatywną energią i zajmuje czymś, na co nie ma większego wpływu. Może warto zachować umiar i skupić się bardziej na pielęgnacji własnego ogródka? Tego w każdym razie Wam życzę.

środa, 23 września 2026

Rozwiązłość nowoczesnej kobiety

Tak zwana "manosfera", czyli "pospolite ruszenie" rozmaitych guru od mężczyzn oraz męskości, od dłuższego czasu uporczywie twierdzi, iż rynek matrymonialny jest dla płci silnej niekorzystny, między innymi przez wygórowane oczekiwania białogłów, ich chciwość, puszczalstwo tudzież inne "czerwone flagi", które prowadzą prędzej czy później do przykrego, rozciągniętego w czasie rozwodu, po którym mężczyzna traci znaczną część zasobów, a nierzadko nawet dostęp do potomstwa. Czy owi przestrzegający przed ułomnością współczesnych pań Red- i Blackpillowcy mają rację? Tego do końca nie wiem. Przyjrzę się tylko jednej cesze, która tak ich przeraża, czyli tzw. body count.

Wyrażenie to oznacza w slangu wojskowym liczbę zabitych wrogów, natomiast w sferze seksualnej chodzi o liczbę byłych kochanków. Im wyższa liczba, tym bardziej niewiasta w mniemaniu "manosfery" jest zepsuta, co akurat ma chyba pewne przełożenie na rzeczywistość, gdyż z każdym kolejnym PRZELOTNYM partnerem maleje zdolność do zawarcia trwałego, opartego na silnej emocjonalnej więzi związku. Zapewne istnieją panie, które mogłyby tej hipotezie zaprzeczyć, lecz czy jest ich wiekszość czy raczej drobny ułamek rozwiązłej populacji?

Oczywiście można by uznać, że seksualna przeszłość jest sprawą tak intymną, że aż nie wypada o nią pytać (zwłaszcza na pierwszym spotkaniu), a jak już jakiś pan się zagalopuje, to nie powinien narzekać, jeśli otrzyma odpowiedź w najlepszym razie wymijającą. Dzisiaj o wiele łatwiej niż dawniej ukryć swoje przeszłe amory, okraszone alkoholem one-night-stands, cuchnące lubieżnością wyjazdy integracyjne, etc. Niemniej w przypadku odkrycia bujnej pod względem erotycznym historii swojej lubej, mężczyzna może poczuć się urażony, zraniony, wręcz upokorzony - i awantura gotowa. Albowiem dla niego są to sprawy bardzo istotne. Tak istotne, że decydujące o być albo nie być wspólnej drogi.

A co z przeszłością mężczyzny? Czy ma - powinna mieć - dla jego partnerki znaczenie? Nie wiem, jak inne panie, ale mnie od lowelasów zawsze odrzucało. Cenię wierność, stałość i powagę w uczuciach. I może dlatego "manosfera" z jej pogardą dla kobiecego puszczalstwa oraz jednoczesnym zachwytem dla takich samych "samców" budzi we mnie co najwyżej politowanie. Pod względem obyczajowym nie ma równości, ale pod względem moralnym już być powinna.

wtorek, 22 września 2026

Dobre wieści z Indonezji

Cieszy mnie niezmiernie, że coraz bardziej szanuje się zwierzęta - zarówno te udomowione, jak i dzikie. Dlatego z radością przeczytałam, że w jednej z turystycznych destynacji zakazuje się już jazdy na słoniach:


Słonie nie zostały udomowione, co najwyżej w niektórych przypadkach stłamszone, zgłuszone i zmaltretowane w celu wymuszenia na nich posłuszeństwa. Dobrze, że niektórzy zaczynają dostrzegać, iż te wspaniałe stworzenia nie powinny być wykorzystywane dla naszej rozrywki.

sobota, 19 września 2026

Prawico, odczep się od bezdzietnych z wyboru!

Od dawna już "fascynuje" mnie zafiksowanie polskiej (i chyba nie tylko polskiej) prawicy na dzietności. Bezczelne i chamskie wpychanie nosa w cudze intymne wybory, wypominanie bezdzietnym z wyboru rzekomego egoizmu, wygodnictwa i karierowiczostwa, wycie, że Polska się wyludnia z powodu "niedojrzałości" młodych ludzi - to wszystko sprawia, że samo rodzicielstwo przestaje być indywidualną i jakże satysfakcjonującą decyzją, a staje się obowiązkiem wobec narodu. I za to mam do prawicy olbrzymi żal.

A przecież sama jestem matką i cieszę się, że nią jestem. Mamy jedno dziecko. Tylko jedno. Tak wyszło. Czasami żałuję, czasami nie. Jesteśmy ludźmi raczej ubogimi i nie dalibyśmy rady (nawet przy pomocy rodziny) zapewnić parce zbyt dobrych warunków. Nasza ukochana córeczka przyszła na świat dość późno, po dziewięciu latach związku. Szkoda, że nie urodziłam jej wcześniej. Ale przez długi czas żywiłam wobec rozmnożenia się sporą awersję. Moja matka nie szanowała tego, że nie chcę mieć (zbyt szybko) potomstwa i od zawsze mnie o nie męczyła - może dlatego tak nienawidzę obecnej prawicy z tym jej zbydlęconym podejściem do dzietności.

Może to zabrzmi niezbyt ładnie, lecz uważam, że nikt nie jest NIC winien społeczeństwu. Winni jesteśmy, owszem, ale nie całej populacji, lecz JEDNOSTKOM, które nam coś za darmo zaoferowały i zrobiły to z własnej nieprzymuszonej woli. A już na pewno nie mamy moralnego obowiązku rozmnażać się dla dobra wspólnoty. Macierzyństwo jest wspaniałe, ale i trudne. Nie jest dla każdego. Tylko ostatni prymityw obrażałby bezdzietnych czy małodzietnych (podobnie jak wielodzietnych), bo on akurat ma wizję ludnej Polski. Oczywiście każdy ma prawo osądzać, ale węszenie wokół cudzego tyłka uważam za odrażające.

czwartek, 17 września 2026

Czy Ty też martwisz się tym, że ktoś Cię "doi"?

Nie jeden i nie dwa razy, a po wielokroć czytałam gniewne pohukiwania, że ktoś na nas - Polakach, obywatelach - zarabia. Korporacje, firmy, szarlataneria, wreszcie - sam rząd. No dobrze, tylko co z tego? Czy mamy zrezygnować ze wszystkiego, co nie jest nam niezbędne do życia, żeby tylko ktoś na nas nie "żerował"? Paradne.

Czy nam się to podoba czy nie, zawsze będziemy albo potrzebować, albo pożądać jakichś rzeczy, usług bądź wrażeń. I trzeba będzie za nie bulić. Owszem, można próbować uciec od "systemu" w dzicz, żywić się tym, co sami wyhodujemy, a przyodziewać się... no właśnie, czym? Przygotowanie własnych ubrań wymaga już posiadania choćby podstawowego oprzyrządowania (krosna, igły, nici, etc), co wyklucza całkowitą samowystarczalność. Oczywiście można starać się być jak najbardziej samodzielnym, lecz społeczeństwa się nie wyrzekniemy. A wraz z nim - kapitalizmu.

Naturalnie pewne aspekty rzeczywistości aż krzyczą o korektę. Warto zatem hodować przynajmniej część własnej żywności, może zamontować fotowoltaikę, wymieniać się z sąsiadami przysługami, itp., itd. Ale nie uda nam się ujść całkowicie przed "tyranią" pieniądza.

środa, 16 września 2026

I oto wracam do blogowania na Blogspocie

Myślałam, że uwolniłam się od blogowania. A jednak nie. Jednak nie. Ciągnie wilka do lasu. Czy mam jeszcze o czym pisać po tych dwudziestu paru latach? Zobaczymy. Przychodzę tutaj z portalu Salon24.pl, który odrzucił mnie swoją bezmyślną cenzurą.

O czym będzie ten blog? Zapewne jak zwykle - o mnie. O moich przemyśleniach, doświadczeniach, życiu. Nudne to życie, fakt, ale może coś się uskłada na parunastozdaniowe wpisy. ;)

Zapraszam.

Źle się dzieje w państwie duńskim. Pardon, polskim!

Ostatnio miałam trochę do czynienia z polską publiczną służbą zdrowia, co zaowocowało autorytatywnym stwierdzeniem, że trzeba się koniecznie...