wtorek, 27 października 2026

Źle się dzieje w państwie duńskim. Pardon, polskim!

Ostatnio miałam trochę do czynienia z polską publiczną służbą zdrowia, co zaowocowało autorytatywnym stwierdzeniem, że trzeba się koniecznie ubezpieczyć prywatnie. Niedofinansowane, przepełnione i źle zarządzane szpitale, tragicznie długie terminy przyjęć do specjalistów lub choćby na rezonans magnetyczny (którego ja akurat potrzebuję), bylejakość w podejściu do pacjentów - to wszystko sprawia, że człowiekowi odechciewa się bliższych kontaktów z tą instytucją. Czy prywatnie będzie dużo lepiej? Zobaczymy.

Polska to piękny, bezpieczny i całkiem zamożny kraj, jednak toczy go wiele chorób. Kłopoty z NFZ to jedno, a co z ZUS, co z armią, co z wszelkimi służbami? Nagle okazuje się, że brakuje pieniędzy, mądrej opieki i serca do tego wszystkiego. Czy o można o te niedociągnięcia obwiniać rząd? Do pewnego stopnia - owszem. Ale pewne problemy nawarstwiały się od dekad. Koszty życia rosną w zawrotnym tempie, infrastruktura kuleje, biurokracja szaleje, wielu ludzi jest "wykluczonych transportowo" - doprawdy, niezły mamy burdel w tym wspaniałym, nadwiślańskim kraju. Oby nie doszła nam do tego jeszcze wojna z Rosją!

piątek, 23 października 2026

Ja też miałam kiedyś dwadzieścia lat i uważałam się za "odmieńca"

Myślisz, że jesteś wyjątkowy/a? Nietypowy/a?  Oryginalny/a? Mam dla Ciebie wiadomość: mnóstwo ludzi w głębi ducha tak właśnie się czuje. Uważają się za kogoś odrębnego od reszty zapyziałego, zachowawczego społeczeństwa; ot, nonkonformistyczni outsiderzy olewający zasady, jakimi rządzi się "stary świat", podążający śmiało własnymi dróżkami niczym wolno wychodzący kot, słuchający wyłącznie własnego - nie wiadomo przez co "urobionego" - sumienia. Dumnych z siebie i swojej "inności" osób jest tyle, że w zasadzie mogłyby stworzyć własną społeczność dziwolągów. Przy czym te osoby nie są w żadnym wypadku samowystarczalne; jak najbardziej korzystają z zasobów wypracowanych przez społeczeństwo, nawet jeśli owego społeczeństwa nie szanują.

Na czym jednak polega ta cała "odmienność" wyżej wzmiankowanych homo sapiens? Na byciu niechętnymi kontaktom międzyludzkim odludkami? Introwertyzm to nic niezwykłego, nie ma się czym szczycić, moi drodzy. Na krytyce "mieszczańskiej" obłudy, prostactwa i głupoty? A czy Ty, szanowna atypowa istotko, na pewno masz w sobie więcej przyzwoitości i mądrości niż ci, których tak bezpardonowo odrzucasz? Czy jesteś stworzeniem złożonym, skomplikowanym, trudnym do rozgryzienia - czy może raczej przynależysz do grona stereotypowych "kontestatorów systemu", ozdobionych kretyńskimi tatuażami, dziarami i śmierdzącymi ciuchami? Co Cię tak naprawdę wyróżnia spośród pogardzanej przez Ciebie tłuszczy? Sam/a siebie namaściłeś/aś na głównego bohatera filmu pod tytułem "Niesamowite przypadki jedynej w swoim rodzaju osobowości"? A może za gniewnymi deklaracjami i dziarskim pohukiwaniem na to parszywe, żałosne, obłudne społeczeństwo kryje się czysta przeciętność i zupełnie naturalna (przynajmniej do pewnego wieku) niedojrzałość?

Ja również uważałam się kiedyś za "inną". Wydawało mi się, że po prostu nie pasuję do reszty świata, nie jest to jednak mój problem, gdyż nie zamierzam się dla nikogo zmieniać. Z czasem zrozumiałam, iż jestem tylko maleńkim i w dodatku niewiele wartym trybikiem w wielkiej społecznej machinie; nieszczególnie przeze mnie szanowane społeczeństwo stanowi - pomimo wszystkich swoich wad - zwartą opokę, która chroni przed najrozmaitszymi zagrożeniami. Można, a nawet należy osądzać bliźnich, lecz nie warto się od nich całkowicie odcinać. Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Nie jesteśmy także, rzecz jasna, jedną wielką rodziną. Tworzymy raczej rozległe archipelagi, kolonie, gwiazdozbiory relacji. Nie skupiajmy się zbytnio na własnej rzekomej oryginalności, gdyż możemy zagubić nasze człowieczeństwo. Ono zawsze realizowane jest w zetknięciu z tym "drugim".

wtorek, 20 października 2026

Nihil novi sub sole

Co jakiś czas publicyści ponurą wyją do medialnego "księżyca" niczym chór wilkołaczych upiorów, że oto nadszedł koniec szacunku dla AUTORYTETÓW, co - rzecz jasna - stanowić ma kolejny kamuszek do upadku cywilizacji. Czy jednak mają rację? Być może stare autorytety, jak na przykład ksiądz-biskup-papież, nauczyciel, rodzic, policjant, lekarz - osunęły się w mrok pobłażliwego lekceważenia. Jednak zamiast mentalnego ugoru, mamy wysyp nowych guru, którzy chwytają w swoje "sieci" złaknionych przewodnictwa maluczkich. Są nimi chociażby naukowcy, znani twórcy czy influencerzy. Ci ostatni, co prawda, zyskali estymę głównie wśród niedoświadczonej młodzieży, ale przecież teraz wręcz nie wypada być starym. No chyba, że jest się jednocześnie uroczo oldschoolowym - wówczas starość staje się jakby nieco mniej "krindżowa".

Wydaje się, że pomimo nachalnie promowanego indywidualizmu wciąż potrzebujemy koryfeuszy, którzy objaśnią nam świat, wskażą właściwą drogę, uświadomią, jak należy przejść przez życie, a może nawet odsłonią rąbek tajemnicy bytu pozagrobowego. Ludzie są istotami społecznymi i w gruncie rzeczy chyba nawet lubiącymi hierarchię. Cały ten rzekomy, tak zachłannie lansowany przez media nonkonformizm można o kant dupy potłuc, zważywszy na to, że po ulicach chodzą bardzo podobnie odziani i zachowujący się osobnicy, a wszelkie odstępstwa od normy szybko znajdują swoich naśladowców (tatuaże, piercing, podarte dżinsy). Czy jest w tym coś złego? Bynajmniej. Może właśnie chęć upodobnienia się do bliźniego jest wyrazem miłości do niego?

Hierarchia z kolei objawia się w powszechnym powoływaniu się na najrozmaitszych ekspertów od tego czy owego, zwłaszcza kiedy trzeba udowodnić wirtualnemu interlokutorowi bliską naszemu sercu hipotezę. Dla mnie kimś takim jest sir David Attenborough, niekwestionowany spec od przyrody, którą badał przez ponad siedemdziesiąt lat swojego sędziwego żywota. Kiedy ten dżentelman mówi, że natura ginie pod naporem destrukcyjnej chciwości człowieka, warto się nad jego słowami pochylić. Oczywiście wielu ludzi ma owo nawoływanie za nic i powołuje się na inne autorytety, jak na przykład pan Wojciech Cejrowski, dla którego wszelki ekologizm to zwykła ściema. Komu wierzyć? A może na tle naszej marnej ziemskiej egzystencji nie ma to większego znaczenia?

czwartek, 15 października 2026

Odpowiedzialność? Super, tylko czyja?

Wszyscy pewnie słyszeli bądź czytali o cierpiącym na zaburzenia psychiczne Williamie Chapmanie, który w ostatni weekend wdarł się na wybieg dla tygrysów w zoo w Yorkshire i - czego można się było spodziewać - został przez jednego z nich zabity. Okraszone amatorskimi filmikami wieści rozprzestrzeniły się po Internecie z prędkością osiedlowej plotki, przy czym na YouTube przeważają głosy współczucia dla pręgowanego zwierzaka, który został narażony na niepotrzebny stres i być może jakieś dalsze reperkusje z powodu swojego skądinąd naturalnego postępku. Sam William Chapman również budzi litość, jak to osoba niezdolna do prawidłowego rozeznania sytuacji, niemniej podkreślana jest jego wina, jego wybór i jego niewłaściwe zachowanie: w końcu jest (pardon - był) człowiekiem.

Tylko jakim człowiekiem? Ano - upośledzonym. Brzydkie słowo, ale czy nie trafne? Powstaje pytanie, czy jego rodzina nie powinna była mieć nad nim lepszej pieczy. A może był to pierwszy (i ostatni) tak drastyczny wybryk młodego mężczyzny? Chciałoby się móc kogoś konkretnego obwinić, jednak na razie odpowiedzialność poniesie chyba tylko ogród zoologiczny z uwagi na brak stosownych zabezpieczeń. Rację mają ci, którzy rozgrzeszają dużego drapieżnego kotka, w końcu nie można oczekiwać od niego przestrzegania dziesięciu Przykazań. Czy zatem tylko wspomniany przybytek powinien wprowadzić solidniejsze kraty, przesłony i przegrody? A może ludzie - pardon - upośledzeni nie powinni móc chodzić samopas gdzie im się podoba?

Zastanawia mnie, czy dzisiaj osoby cierpiące na rozmaite mentalne schorzenia nie są przypadkiem traktowane ulgowo. Dawniej było zupełnie inaczej: choroba psychiczna stanowiła wyrok śmierci cywilnej dla owładniętego nią człowieka, no chyba, że pochodził z wpływowej rodziny. Teraz natomiast znacznie bardziej się z takimi osobnikami cackamy, niezależnie od tego, czy chodzi o autyzm, czy o zespół Downa, czy o inną przypadłość. Być może jest to miarą naszego ucywilizowania, lecz jak pokazuje historia Williama Chapmana, traktowanie takich ludzi jak równych sobie jest obarczone skazą nieroztropności. Pozostaje nam chyba tylko czekać na podobną sytuację - już w innym miejscu.

niedziela, 11 października 2026

Czy dzieci powinny móc czytać, co tylko chcą?

Czytałam o tym już wcześniej, lecz głównie w kontekście książek o tematyce LGBT: w USA od jakiegoś czasu dochodzi do ich wycofywania ze szkolnych bibliotek. Później okazało się, że w jednej placówce zakazano nawet Biblii. Kto za tym stoi?
Kliknij na tekst:
Dla mnie jest to jeszcze jeden dowód na to, że USA nie są taką ostoją wolności, za jaką chciałyby uchodzić. Prezydentura pana Trumpa zbiegła się z ostrym cenzurowaniem "niepoprawnych" treści, które mogłyby "zatruć" młodzież wywrotowymi bądź nieprzyzwoitymi ideami.

Z drugiej wszakże strony, czy nieletni powinni mieć dostęp do każdego rodzaju literatury? A może nie jest to kwestia czarno-biała?

środa, 7 października 2026

Tolerancja dla odmiennych poglądów

Nie przepadam za Kościołem. Nie szanuję ani księży, ani chrześcijan jako takich. Ale też nie gardzę samymi ludźmi. Jeśli już, to darzę tym brzydkim uczuciem samą instytucję Kościoła, która jawi mi się jako jedna z największych - ale i najstarszych - korporacji na świecie. Nie wiem, jak potoczyłaby się historia Europy bez jej udziału, nie wydaje mi się jednak, żeby dobro przeważało u niej nad złem. Chrześcijaństwo zostało oparte o bardzo piękną i trudną do realizacji teorię, w praktyce zaś okazało się równie prymitywne, co pozostałe kulty. To, że dzisiaj nie doświadczamy już drastycznych skutków wszechwładzy tej religii, wynika wyłącznie z jej obecnej słabości, a nie z nagłego przypływu miłosierdzia reprezentujących ją kapłanów.

Niemniej warto tutaj zauważyć, że w dzisiejszych czasach mamy też do czynienia z eksplozją chorobliwej wręcz chrystofobii i to w tak rozmodlonym społeczeństwie jak nasze. Nienawiść i odraza, jaką niektórzy zioną do kleru czy nawet wiernych, niekoniecznie świadczy o osobistej urazie spowodowanej jakąś dawną krzywdą; prędzej chodzi o to, że ktoś nie życzy sobie prawienia mu kazań przez odzianych w śmieszne kiecki panów i autorytatywnego rozsądzania, co jest dobre, a co złe. To akurat mogę doskonale zrozumieć. Czy jednak wzmiankowana chrystofobia jest czymś mniej godnym potępienia niż homofobia, transfobia, antysemityzm? A może właśnie każdemu wolno nienawidzieć i gardzić dowolną osobą, grupą osób bądź organizacją?

Negatywne emocje sprzedają się najlepiej. Być może jest to pozostałość po czasach, kiedy przynosiły nam one (dzięki motywacji do walki chociażby) więcej korzyści niż emocje przyjemne. W każdym razie owa buzująca w ludziach złość na duchowieństwo skutkuje nierzadko czy to osobistą apostazją, czy to chamskimi wypowiedziami pod adresem kościelnej hierarchii, czy to nawet agresją wobec całej instytucji, jak w przypadku "czarnych marszów". Pomimo niechęci do Kościoła nie mogę uznać tego za coś choćby odrobinę lepszego niż - przykładowo - przemoc wobec homoseksualistów, nie mówiąc już o nagminnie demonizowanej "mowie nienawiści", polegającej najczęściej jedynie na braku aprobaty dla niektórych zachowań (jak np. tranzycja) bez intencji niszczenia kogokolwiek. Księża są zwykłymi ludźmi i nie należy ich atakować fizycznie. Werbalnie? Wyłącznie w formie merytorycznej nagany dla ich nielicujących z polskimi obyczajami postępków. Natomiast to, że wciąż pouczają swoją "trzódkę", jak należy żyć, musimy jakoś - my, antyklerykałowie - ścierpieć w pokorze.

niedziela, 4 października 2026

Materialna obsesja

Od dłuższego czasu fascynuje mnie stosunek ludzi do przedmiotów - zarówno ich własnych, jak i tych, których nie są w stanie "dosięgnąć" (np. z powodu nazbyt wysokiej ceny). Obejrzałam sporo filmików na YouTube o odrzucających współczesny konsumpcjonizm minimalistach, ale także o opętanych zbieractwem fanatykach. Jedni mocno ograniczają swój stan posiadania, drudzy - wprost przeciwnie - wciąż dokupują kolejne artefakty, mocno przy tym zagracając swoją przestrzeń życiową. I dla jednych, i dla drugich przedmioty stały się czymś na tyle istotnym, że oparli o ideę ich nabywania bądź odmowy tegoż część tożsamości.

Ogarniając wzrokiem moje własne mieszkanie, orzekłabym z lekkim wahaniem, iż należymy do osób zarówno "wypośrodkowanych", jeśli chodzi o podejście do zakupów, jak i wpadających w obydwie wyżej wzmiankowane szufladki. Nie żyjemy w ascezie, jednak z racji niskich zarobków nie możemy sobie pozwolić na zbyt wiele; mój Partner realizuje swoją elektroniczno-akustyczną pasję polegającą na nabywaniu sprzętu audio, a przy tym może się "poszczycić" znaczną wstrzemięźliwością na innych polach (chociażby garderoba). Gdyby mnie wszakże przycisnąć do muru, przyznałabym, że chyba bardziej pasuje do nas łatka zbieraczy, gdyż rzeczy wciąż przybywa, przez co nasza egzystencja staje się coraz mniej komfortowa.

Jedną z często mnie nawiedzających (i wręcz hołubionych) fantazji jest ta, w której cała nasza rodzina (łącznie ze starzejącymi się rodzicami, bratem, bratową i ich dzieckiem) musi w ciągu doby spakować najważniejsze rzeczy i przenieść się na wielki, dryfujący albo po morzu, albo w przestrzeni kosmicznej statek. Myślę o tym, ponieważ absorbuje mnie rozmyślanie, co też zdecydowalibyśmy się ze sobą zabrać, jakie obiekty uznać za wartościowsze niż pozostałe, a co porzucić na zawsze. Dla minimalisty spakowanie się w średniej wielkości plecak nie stanowiłoby problemu. Dla ludzi tak objuczonych przedmiotami jak my taka sytuacja stanowiłaby ogromne wyzwanie.

A przecież żadnej rzeczy nie zabierzemy ze sobą do grobu. Wszystko, co z tak wielkim trudem uciułaliśmy i starannie zachomikowaliśmy w naszych domach, zostanie w najlepszym razie przekazane młodszemu pokoleniu, a w nieco gorszym - zamieni się w stertę śmieci. Wszystko to bowiem marność nad marnościami, prawda? Tyle, że rozum swoje, a serce swoje. Należący do śp. babci wazon zapewne do niczego mi się nie przyda, lecz stanowi jakby przedłużenie jej bytności na tym łez padole. A moje osobiste pamiątki, choćby i całkowicie niepraktyczne, wywołują tyle przyjemnych emocji. Może warto zatem znaleźć złoty środek pomiędzy obsesyjnym zbieractwem a wzgardą dla posiadanej materii?

czwartek, 1 października 2026

Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj...

W końcowych scenach serialowej "Lalki" Pawła Maślony widać przelotnie, jak panna Łęcka oraz pan Wokulski współżyją zapalczywie a radośnie, zapewne dlatego, że w końcu się od siebie - dzięki pieniądzom - uwolnią. Ot, taki pożegnalny seks, który zamiast rozpoczynać, kończy relację. Nie był to pierwszy ani zapewne ostatni raz dla panny Łęckiej, ale już czy biedny Stanisław W. wyzwoli się z bezsensownej "miłości" i da szansę innej niewieście - nie wiadomo. Tak czy siak, ich zachowanie można by uznać za nadzwyczaj postępowe, wręcz nie przystające do XIXtego wieku. Czy jednak na pewno?

Ludzie z każdej sfery od zawsze robili to, co my dzisiaj, tyle, że oni starali się takie intymne "występki" ukryć, zachować w najgłębszej tajemnicy, podczas gdy nasze czasy przyniosły bezwstydną jawność wielu dawniej nieprzyzwoitych procederów. Nikt się już chyba nie krępuje, mówiąc o tym, że ma kochanka/kochankę, że nagminnie olewa VI przykazanie, że woli powaby własnej płci od powabów płci przeciwnej, a nawet, że jest "panseksualny", czyli byle oddychało, to jest to/on/ona/ono dla nas atrakcyjne. Czy kiedykolwiek na widok publiczny wystawiało się tyle golizny? Czy łamało się tyle dawnych tabu, uwielbiało tak bardzo skandale? A może dzisiaj skandalem jest raczej - dobrowolny lub nie - celibat, a skromność ubioru co najmniej przeżytkiem?

Ktoś powie, że wciąż do zachowania "czystości przedmałżeńskiej" nawołuje Kościół. Ilu jednak Polaków szanuje zdanie tej instytucji? W zasadzie to mamy ją centralnie w dupie; dawne zażarte spory z duchownymi zastąpiła grzeczna, chłodna obojętność na to, co nam oni prawią. Dlatego serial pana Maślony znakomicie wpasowuje się w ducha naszej epoki, w której to seks towarzyszy nam niemal na każdym kroku - jak nie dosłownie, to w przenośni, poprzez wyuzdane media. Mnie samej tamta scena nawet się podobała, mam wszakże szczerą nadzieję, iż młoda arystokratka nie zaszła bezmyślnie w ciążę, gdyż w jej przypadku skończyłoby się to ani chybi "postępową" skrobanką.

Źle się dzieje w państwie duńskim. Pardon, polskim!

Ostatnio miałam trochę do czynienia z polską publiczną służbą zdrowia, co zaowocowało autorytatywnym stwierdzeniem, że trzeba się koniecznie...