wtorek, 27 października 2026

Źle się dzieje w państwie duńskim. Pardon, polskim!

Ostatnio miałam trochę do czynienia z polską publiczną służbą zdrowia, co zaowocowało autorytatywnym stwierdzeniem, że trzeba się koniecznie ubezpieczyć prywatnie. Niedofinansowane, przepełnione i źle zarządzane szpitale, tragicznie długie terminy przyjęć do specjalistów lub choćby na rezonans magnetyczny (którego ja akurat potrzebuję), bylejakość w podejściu do pacjentów - to wszystko sprawia, że człowiekowi odechciewa się bliższych kontaktów z tą instytucją. Czy prywatnie będzie dużo lepiej? Zobaczymy.

Polska to piękny, bezpieczny i całkiem zamożny kraj, jednak toczy go wiele chorób. Kłopoty z NFZ to jedno, a co z ZUS, co z armią, co z wszelkimi służbami? Nagle okazuje się, że brakuje pieniędzy, mądrej opieki i serca do tego wszystkiego. Czy o można o te niedociągnięcia obwiniać rząd? Do pewnego stopnia - owszem. Ale pewne problemy nawarstwiały się od dekad. Koszty życia rosną w zawrotnym tempie, infrastruktura kuleje, biurokracja szaleje, wielu ludzi jest "wykluczonych transportowo" - doprawdy, niezły mamy burdel w tym wspaniałym, nadwiślańskim kraju. Oby nie doszła nam do tego jeszcze wojna z Rosją!

piątek, 23 października 2026

Ja też miałam kiedyś dwadzieścia lat i uważałam się za "odmieńca"

Myślisz, że jesteś wyjątkowy/a? Nietypowy/a?  Oryginalny/a? Mam dla Ciebie wiadomość: mnóstwo ludzi w głębi ducha tak właśnie się czuje. Uważają się za kogoś odrębnego od reszty zapyziałego, zachowawczego społeczeństwa; ot, nonkonformistyczni outsiderzy olewający zasady, jakimi rządzi się "stary świat", podążający śmiało własnymi dróżkami niczym wolno wychodzący kot, słuchający wyłącznie własnego - nie wiadomo przez co "urobionego" - sumienia. Dumnych z siebie i swojej "inności" osób jest tyle, że w zasadzie mogłyby stworzyć własną społeczność dziwolągów. Przy czym te osoby nie są w żadnym wypadku samowystarczalne; jak najbardziej korzystają z zasobów wypracowanych przez społeczeństwo, nawet jeśli owego społeczeństwa nie szanują.

Na czym jednak polega ta cała "odmienność" wyżej wzmiankowanych homo sapiens? Na byciu niechętnymi kontaktom międzyludzkim odludkami? Introwertyzm to nic niezwykłego, nie ma się czym szczycić, moi drodzy. Na krytyce "mieszczańskiej" obłudy, prostactwa i głupoty? A czy Ty, szanowna atypowa istotko, na pewno masz w sobie więcej przyzwoitości i mądrości niż ci, których tak bezpardonowo odrzucasz? Czy jesteś stworzeniem złożonym, skomplikowanym, trudnym do rozgryzienia - czy może raczej przynależysz do grona stereotypowych "kontestatorów systemu", ozdobionych kretyńskimi tatuażami, dziarami i śmierdzącymi ciuchami? Co Cię tak naprawdę wyróżnia spośród pogardzanej przez Ciebie tłuszczy? Sam/a siebie namaściłeś/aś na głównego bohatera filmu pod tytułem "Niesamowite przypadki jedynej w swoim rodzaju osobowości"? A może za gniewnymi deklaracjami i dziarskim pohukiwaniem na to parszywe, żałosne, obłudne społeczeństwo kryje się czysta przeciętność i zupełnie naturalna (przynajmniej do pewnego wieku) niedojrzałość?

Ja również uważałam się kiedyś za "inną". Wydawało mi się, że po prostu nie pasuję do reszty świata, nie jest to jednak mój problem, gdyż nie zamierzam się dla nikogo zmieniać. Z czasem zrozumiałam, iż jestem tylko maleńkim i w dodatku niewiele wartym trybikiem w wielkiej społecznej machinie; nieszczególnie przeze mnie szanowane społeczeństwo stanowi - pomimo wszystkich swoich wad - zwartą opokę, która chroni przed najrozmaitszymi zagrożeniami. Można, a nawet należy osądzać bliźnich, lecz nie warto się od nich całkowicie odcinać. Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Nie jesteśmy także, rzecz jasna, jedną wielką rodziną. Tworzymy raczej rozległe archipelagi, kolonie, gwiazdozbiory relacji. Nie skupiajmy się zbytnio na własnej rzekomej oryginalności, gdyż możemy zagubić nasze człowieczeństwo. Ono zawsze realizowane jest w zetknięciu z tym "drugim".

wtorek, 20 października 2026

Nihil novi sub sole

Co jakiś czas publicyści ponurą wyją do medialnego "księżyca" niczym chór wilkołaczych upiorów, że oto nadszedł koniec szacunku dla AUTORYTETÓW, co - rzecz jasna - stanowić ma kolejny kamuszek do upadku cywilizacji. Czy jednak mają rację? Być może stare autorytety, jak na przykład ksiądz-biskup-papież, nauczyciel, rodzic, policjant, lekarz - osunęły się w mrok pobłażliwego lekceważenia. Jednak zamiast mentalnego ugoru, mamy wysyp nowych guru, którzy chwytają w swoje "sieci" złaknionych przewodnictwa maluczkich. Są nimi chociażby naukowcy, znani twórcy czy influencerzy. Ci ostatni, co prawda, zyskali estymę głównie wśród niedoświadczonej młodzieży, ale przecież teraz wręcz nie wypada być starym. No chyba, że jest się jednocześnie uroczo oldschoolowym - wówczas starość staje się jakby nieco mniej "krindżowa".

Wydaje się, że pomimo nachalnie promowanego indywidualizmu wciąż potrzebujemy koryfeuszy, którzy objaśnią nam świat, wskażą właściwą drogę, uświadomią, jak należy przejść przez życie, a może nawet odsłonią rąbek tajemnicy bytu pozagrobowego. Ludzie są istotami społecznymi i w gruncie rzeczy chyba nawet lubiącymi hierarchię. Cały ten rzekomy, tak zachłannie lansowany przez media nonkonformizm można o kant dupy potłuc, zważywszy na to, że po ulicach chodzą bardzo podobnie odziani i zachowujący się osobnicy, a wszelkie odstępstwa od normy szybko znajdują swoich naśladowców (tatuaże, piercing, podarte dżinsy). Czy jest w tym coś złego? Bynajmniej. Może właśnie chęć upodobnienia się do bliźniego jest wyrazem miłości do niego?

Hierarchia z kolei objawia się w powszechnym powoływaniu się na najrozmaitszych ekspertów od tego czy owego, zwłaszcza kiedy trzeba udowodnić wirtualnemu interlokutorowi bliską naszemu sercu hipotezę. Dla mnie kimś takim jest sir David Attenborough, niekwestionowany spec od przyrody, którą badał przez ponad siedemdziesiąt lat swojego sędziwego żywota. Kiedy ten dżentelman mówi, że natura ginie pod naporem destrukcyjnej chciwości człowieka, warto się nad jego słowami pochylić. Oczywiście wielu ludzi ma owo nawoływanie za nic i powołuje się na inne autorytety, jak na przykład pan Wojciech Cejrowski, dla którego wszelki ekologizm to zwykła ściema. Komu wierzyć? A może na tle naszej marnej ziemskiej egzystencji nie ma to większego znaczenia?

czwartek, 15 października 2026

Odpowiedzialność? Super, tylko czyja?

Wszyscy pewnie słyszeli bądź czytali o cierpiącym na zaburzenia psychiczne Williamie Chapmanie, który w ostatni weekend wdarł się na wybieg dla tygrysów w zoo w Yorkshire i - czego można się było spodziewać - został przez jednego z nich zabity. Okraszone amatorskimi filmikami wieści rozprzestrzeniły się po Internecie z prędkością osiedlowej plotki, przy czym na YouTube przeważają głosy współczucia dla pręgowanego zwierzaka, który został narażony na niepotrzebny stres i być może jakieś dalsze reperkusje z powodu swojego skądinąd naturalnego postępku. Sam William Chapman również budzi litość, jak to osoba niezdolna do prawidłowego rozeznania sytuacji, niemniej podkreślana jest jego wina, jego wybór i jego niewłaściwe zachowanie: w końcu jest (pardon - był) człowiekiem.

Tylko jakim człowiekiem? Ano - upośledzonym. Brzydkie słowo, ale czy nie trafne? Powstaje pytanie, czy jego rodzina nie powinna była mieć nad nim lepszej pieczy. A może był to pierwszy (i ostatni) tak drastyczny wybryk młodego mężczyzny? Chciałoby się móc kogoś konkretnego obwinić, jednak na razie odpowiedzialność poniesie chyba tylko ogród zoologiczny z uwagi na brak stosownych zabezpieczeń. Rację mają ci, którzy rozgrzeszają dużego drapieżnego kotka, w końcu nie można oczekiwać od niego przestrzegania dziesięciu Przykazań. Czy zatem tylko wspomniany przybytek powinien wprowadzić solidniejsze kraty, przesłony i przegrody? A może ludzie - pardon - upośledzeni nie powinni móc chodzić samopas gdzie im się podoba?

Zastanawia mnie, czy dzisiaj osoby cierpiące na rozmaite mentalne schorzenia nie są przypadkiem traktowane ulgowo. Dawniej było zupełnie inaczej: choroba psychiczna stanowiła wyrok śmierci cywilnej dla owładniętego nią człowieka, no chyba, że pochodził z wpływowej rodziny. Teraz natomiast znacznie bardziej się z takimi osobnikami cackamy, niezależnie od tego, czy chodzi o autyzm, czy o zespół Downa, czy o inną przypadłość. Być może jest to miarą naszego ucywilizowania, lecz jak pokazuje historia Williama Chapmana, traktowanie takich ludzi jak równych sobie jest obarczone skazą nieroztropności. Pozostaje nam chyba tylko czekać na podobną sytuację - już w innym miejscu.

niedziela, 11 października 2026

Czy dzieci powinny móc czytać, co tylko chcą?

Czytałam o tym już wcześniej, lecz głównie w kontekście książek o tematyce LGBT: w USA od jakiegoś czasu dochodzi do ich wycofywania ze szkolnych bibliotek. Później okazało się, że w jednej placówce zakazano nawet Biblii. Kto za tym stoi?
Kliknij na tekst:
Dla mnie jest to jeszcze jeden dowód na to, że USA nie są taką ostoją wolności, za jaką chciałyby uchodzić. Prezydentura pana Trumpa zbiegła się z ostrym cenzurowaniem "niepoprawnych" treści, które mogłyby "zatruć" młodzież wywrotowymi bądź nieprzyzwoitymi ideami.

Z drugiej wszakże strony, czy nieletni powinni mieć dostęp do każdego rodzaju literatury? A może nie jest to kwestia czarno-biała?

środa, 7 października 2026

Tolerancja dla odmiennych poglądów

Nie przepadam za Kościołem. Nie szanuję ani księży, ani chrześcijan jako takich. Ale też nie gardzę samymi ludźmi. Jeśli już, to darzę tym brzydkim uczuciem samą instytucję Kościoła, która jawi mi się jako jedna z największych - ale i najstarszych - korporacji na świecie. Nie wiem, jak potoczyłaby się historia Europy bez jej udziału, nie wydaje mi się jednak, żeby dobro przeważało u niej nad złem. Chrześcijaństwo zostało oparte o bardzo piękną i trudną do realizacji teorię, w praktyce zaś okazało się równie prymitywne, co pozostałe kulty. To, że dzisiaj nie doświadczamy już drastycznych skutków wszechwładzy tej religii, wynika wyłącznie z jej obecnej słabości, a nie z nagłego przypływu miłosierdzia reprezentujących ją kapłanów.

Niemniej warto tutaj zauważyć, że w dzisiejszych czasach mamy też do czynienia z eksplozją chorobliwej wręcz chrystofobii i to w tak rozmodlonym społeczeństwie jak nasze. Nienawiść i odraza, jaką niektórzy zioną do kleru czy nawet wiernych, niekoniecznie świadczy o osobistej urazie spowodowanej jakąś dawną krzywdą; prędzej chodzi o to, że ktoś nie życzy sobie prawienia mu kazań przez odzianych w śmieszne kiecki panów i autorytatywnego rozsądzania, co jest dobre, a co złe. To akurat mogę doskonale zrozumieć. Czy jednak wzmiankowana chrystofobia jest czymś mniej godnym potępienia niż homofobia, transfobia, antysemityzm? A może właśnie każdemu wolno nienawidzieć i gardzić dowolną osobą, grupą osób bądź organizacją?

Negatywne emocje sprzedają się najlepiej. Być może jest to pozostałość po czasach, kiedy przynosiły nam one (dzięki motywacji do walki chociażby) więcej korzyści niż emocje przyjemne. W każdym razie owa buzująca w ludziach złość na duchowieństwo skutkuje nierzadko czy to osobistą apostazją, czy to chamskimi wypowiedziami pod adresem kościelnej hierarchii, czy to nawet agresją wobec całej instytucji, jak w przypadku "czarnych marszów". Pomimo niechęci do Kościoła nie mogę uznać tego za coś choćby odrobinę lepszego niż - przykładowo - przemoc wobec homoseksualistów, nie mówiąc już o nagminnie demonizowanej "mowie nienawiści", polegającej najczęściej jedynie na braku aprobaty dla niektórych zachowań (jak np. tranzycja) bez intencji niszczenia kogokolwiek. Księża są zwykłymi ludźmi i nie należy ich atakować fizycznie. Werbalnie? Wyłącznie w formie merytorycznej nagany dla ich nielicujących z polskimi obyczajami postępków. Natomiast to, że wciąż pouczają swoją "trzódkę", jak należy żyć, musimy jakoś - my, antyklerykałowie - ścierpieć w pokorze.

niedziela, 4 października 2026

Materialna obsesja

Od dłuższego czasu fascynuje mnie stosunek ludzi do przedmiotów - zarówno ich własnych, jak i tych, których nie są w stanie "dosięgnąć" (np. z powodu nazbyt wysokiej ceny). Obejrzałam sporo filmików na YouTube o odrzucających współczesny konsumpcjonizm minimalistach, ale także o opętanych zbieractwem fanatykach. Jedni mocno ograniczają swój stan posiadania, drudzy - wprost przeciwnie - wciąż dokupują kolejne artefakty, mocno przy tym zagracając swoją przestrzeń życiową. I dla jednych, i dla drugich przedmioty stały się czymś na tyle istotnym, że oparli o ideę ich nabywania bądź odmowy tegoż część tożsamości.

Ogarniając wzrokiem moje własne mieszkanie, orzekłabym z lekkim wahaniem, iż należymy do osób zarówno "wypośrodkowanych", jeśli chodzi o podejście do zakupów, jak i wpadających w obydwie wyżej wzmiankowane szufladki. Nie żyjemy w ascezie, jednak z racji niskich zarobków nie możemy sobie pozwolić na zbyt wiele; mój Partner realizuje swoją elektroniczno-akustyczną pasję polegającą na nabywaniu sprzętu audio, a przy tym może się "poszczycić" znaczną wstrzemięźliwością na innych polach (chociażby garderoba). Gdyby mnie wszakże przycisnąć do muru, przyznałabym, że chyba bardziej pasuje do nas łatka zbieraczy, gdyż rzeczy wciąż przybywa, przez co nasza egzystencja staje się coraz mniej komfortowa.

Jedną z często mnie nawiedzających (i wręcz hołubionych) fantazji jest ta, w której cała nasza rodzina (łącznie ze starzejącymi się rodzicami, bratem, bratową i ich dzieckiem) musi w ciągu doby spakować najważniejsze rzeczy i przenieść się na wielki, dryfujący albo po morzu, albo w przestrzeni kosmicznej statek. Myślę o tym, ponieważ absorbuje mnie rozmyślanie, co też zdecydowalibyśmy się ze sobą zabrać, jakie obiekty uznać za wartościowsze niż pozostałe, a co porzucić na zawsze. Dla minimalisty spakowanie się w średniej wielkości plecak nie stanowiłoby problemu. Dla ludzi tak objuczonych przedmiotami jak my taka sytuacja stanowiłaby ogromne wyzwanie.

A przecież żadnej rzeczy nie zabierzemy ze sobą do grobu. Wszystko, co z tak wielkim trudem uciułaliśmy i starannie zachomikowaliśmy w naszych domach, zostanie w najlepszym razie przekazane młodszemu pokoleniu, a w nieco gorszym - zamieni się w stertę śmieci. Wszystko to bowiem marność nad marnościami, prawda? Tyle, że rozum swoje, a serce swoje. Należący do śp. babci wazon zapewne do niczego mi się nie przyda, lecz stanowi jakby przedłużenie jej bytności na tym łez padole. A moje osobiste pamiątki, choćby i całkowicie niepraktyczne, wywołują tyle przyjemnych emocji. Może warto zatem znaleźć złoty środek pomiędzy obsesyjnym zbieractwem a wzgardą dla posiadanej materii?

czwartek, 1 października 2026

Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj...

W końcowych scenach serialowej "Lalki" Pawła Maślony widać przelotnie, jak panna Łęcka oraz pan Wokulski współżyją zapalczywie a radośnie, zapewne dlatego, że w końcu się od siebie - dzięki pieniądzom - uwolnią. Ot, taki pożegnalny seks, który zamiast rozpoczynać, kończy relację. Nie był to pierwszy ani zapewne ostatni raz dla panny Łęckiej, ale już czy biedny Stanisław W. wyzwoli się z bezsensownej "miłości" i da szansę innej niewieście - nie wiadomo. Tak czy siak, ich zachowanie można by uznać za nadzwyczaj postępowe, wręcz nie przystające do XIXtego wieku. Czy jednak na pewno?

Ludzie z każdej sfery od zawsze robili to, co my dzisiaj, tyle, że oni starali się takie intymne "występki" ukryć, zachować w najgłębszej tajemnicy, podczas gdy nasze czasy przyniosły bezwstydną jawność wielu dawniej nieprzyzwoitych procederów. Nikt się już chyba nie krępuje, mówiąc o tym, że ma kochanka/kochankę, że nagminnie olewa VI przykazanie, że woli powaby własnej płci od powabów płci przeciwnej, a nawet, że jest "panseksualny", czyli byle oddychało, to jest to/on/ona/ono dla nas atrakcyjne. Czy kiedykolwiek na widok publiczny wystawiało się tyle golizny? Czy łamało się tyle dawnych tabu, uwielbiało tak bardzo skandale? A może dzisiaj skandalem jest raczej - dobrowolny lub nie - celibat, a skromność ubioru co najmniej przeżytkiem?

Ktoś powie, że wciąż do zachowania "czystości przedmałżeńskiej" nawołuje Kościół. Ilu jednak Polaków szanuje zdanie tej instytucji? W zasadzie to mamy ją centralnie w dupie; dawne zażarte spory z duchownymi zastąpiła grzeczna, chłodna obojętność na to, co nam oni prawią. Dlatego serial pana Maślony znakomicie wpasowuje się w ducha naszej epoki, w której to seks towarzyszy nam niemal na każdym kroku - jak nie dosłownie, to w przenośni, poprzez wyuzdane media. Mnie samej tamta scena nawet się podobała, mam wszakże szczerą nadzieję, iż młoda arystokratka nie zaszła bezmyślnie w ciążę, gdyż w jej przypadku skończyłoby się to ani chybi "postępową" skrobanką.

wtorek, 29 września 2026

Czy lubisz czytać?

Czytanie jest wspaniałe. Cudowne. Genialne. Ale czy lubię czytać tak samo, jak dwadzieścia lat temu? Zdecydowanie nie. Nadmierne korzystanie z Internetu znacznie przytępiło u mnie przyjemność obcowania z drukiem. Dzisiaj czytam rzadko. I krócej. Wstydzę się tego.

Za to chętnie słucham audiobooków. Owszem, idę na łatwiznę. :) Mam ich tak dużo, że mogę przebierać jak w ulęgałkach.

Korzyści płynące z czytania:

Naukowcy z Cambridge dowodzą, że czytanie dla przyjemności chroni mózg przed demencją. Nowa analiza pokazuje, że książki to potężne narzędzie neuroprotekcyjne – szczególnie jeśli czytamy je z autentycznej pasji. Regularna lektura poprawia pamięć, empatię i zdrowie psychiczne oraz zmniejsza ryzyko otępienia.

Jednak żeby nie było - zaczęłam też kilka ebooków. Zwykle czytam po 3-4 książki naraz, co może wydawać się postronnej osobie dziwne, lecz dla mnie jest normą. :)

sobota, 26 września 2026

Polityczne szaleństwo

Polityka nie jest dla każdego. Nie każdy nadaje się do czytania i analizowania wieści z tej dziedziny, zwłaszcza że nie ma (przynajmniej u nas) bezstronnych mediów, a to one dostarczają nam "pożywki" w tym temacie. Ja na przykład zdecydowanie odmawiam brania udziału w politycznych nawalankach, a sama wojna polsko-polska z całą jej bezmyślną nienawiścią, pogardą i odrazą do każdego, kto myśli inaczej niż my sami, przeraża mnie i zasmuca. Nie twierdzę, że podziały są złe; przeciwnie, lepiej się pięknie różnić niż być jednolitym. Niemniej agresja "PiSowców" i "POwców" wobec siebie nawzajem świadczy o poważnych niedoborach moralno-intelektualnych u zaangażowanych osobników. Dodajmy do tego trzecią siłę - Konfederację - która napierdala w dwie pozostałe jak dzięcioł w drzewo - i mamy genialny obraz upadłej kondycji polskiego narodu, który zamiast budować woli ze sobą walczyć.

Czy jednak przejmowanie się cudzymi hyziami nie jest samo w sobie oznaką czegoś przykrego? Skoro już olewam politykę do tego stopnia, że czytam co najwyżej nagłówki newsów o nią zahaczających, to czy nie powinnam także machnąć ręką na zacietrzewienie rodaków? Możliwe. Trudno jednak ominąć rozjuszone politycznie towarzystwo. W nawale blogów i filmów ukierunkowanych na pognębienie ideologicznego oponenta szukam wciąż tego, co nie wywołuje skrętu kiszek swoją agresywną postawą wobec drugiego człowieka. Bezustanne wykłócanie się o migrantów, aborcję, LGBT, Kościół czy nawet demografię przykrywa istotne problemy, z jakimi boryka się nasza ojczyzna: zapaść służby zdrowia, niedofinansowanie wojska i policji, zależność od UE czy nawet USA... No dobrze, ja się na tym nie znam, może nie mam racji. Może nie wiem, co naprawdę jest ważne.

Czytałam, że konflikty na tle politycznym potrafią rozbić rodziny, skłócić przyjaciół, nadszarpnąć więzi sąsiedzkie. Aż chciałoby się zadrwić, że co Polak, to inna wizja właściwie zarządzanego państwa. Czy jednak nie tracimy życia na te jałowe bądź co bądź spory, na zbieranie liżących nam tyłek popleczników i rozjątrzanie bolesnych ran (z przeszłości dalszej i bliższej) oraz na werbalną wojenkę z nielubianymi politykami? Z jednej strony to, co wyczyniają ci ostatni, zdecydowanie wpływa na naszą egzystencję. Z drugiej strony wszakże, większość z nas karmi się sączoną przez "wiarygodne" media negatywną energią i zajmuje czymś, na co nie ma większego wpływu. Może warto zachować umiar i skupić się bardziej na pielęgnacji własnego ogródka? Tego w każdym razie Wam życzę.

środa, 23 września 2026

Rozwiązłość nowoczesnej kobiety

Tak zwana "manosfera", czyli "pospolite ruszenie" rozmaitych guru od mężczyzn oraz męskości, od dłuższego czasu uporczywie twierdzi, iż rynek matrymonialny jest dla płci silnej niekorzystny, między innymi przez wygórowane oczekiwania białogłów, ich chciwość, puszczalstwo tudzież inne "czerwone flagi", które prowadzą prędzej czy później do przykrego, rozciągniętego w czasie rozwodu, po którym mężczyzna traci znaczną część zasobów, a nierzadko nawet dostęp do potomstwa. Czy owi przestrzegający przed ułomnością współczesnych pań Red- i Blackpillowcy mają rację? Tego do końca nie wiem. Przyjrzę się tylko jednej cesze, która tak ich przeraża, czyli tzw. body count.

Wyrażenie to oznacza w slangu wojskowym liczbę zabitych wrogów, natomiast w sferze seksualnej chodzi o liczbę byłych kochanków. Im wyższa liczba, tym bardziej niewiasta w mniemaniu "manosfery" jest zepsuta, co akurat ma chyba pewne przełożenie na rzeczywistość, gdyż z każdym kolejnym PRZELOTNYM partnerem maleje zdolność do zawarcia trwałego, opartego na silnej emocjonalnej więzi związku. Zapewne istnieją panie, które mogłyby tej hipotezie zaprzeczyć, lecz czy jest ich wiekszość czy raczej drobny ułamek rozwiązłej populacji?

Oczywiście można by uznać, że seksualna przeszłość jest sprawą tak intymną, że aż nie wypada o nią pytać (zwłaszcza na pierwszym spotkaniu), a jak już jakiś pan się zagalopuje, to nie powinien narzekać, jeśli otrzyma odpowiedź w najlepszym razie wymijającą. Dzisiaj o wiele łatwiej niż dawniej ukryć swoje przeszłe amory, okraszone alkoholem one-night-stands, cuchnące lubieżnością wyjazdy integracyjne, etc. Niemniej w przypadku odkrycia bujnej pod względem erotycznym historii swojej lubej, mężczyzna może poczuć się urażony, zraniony, wręcz upokorzony - i awantura gotowa. Albowiem dla niego są to sprawy bardzo istotne. Tak istotne, że decydujące o być albo nie być wspólnej drogi.

A co z przeszłością mężczyzny? Czy ma - powinna mieć - dla jego partnerki znaczenie? Nie wiem, jak inne panie, ale mnie od lowelasów zawsze odrzucało. Cenię wierność, stałość i powagę w uczuciach. I może dlatego "manosfera" z jej pogardą dla kobiecego puszczalstwa oraz jednoczesnym zachwytem dla takich samych "samców" budzi we mnie co najwyżej politowanie. Pod względem obyczajowym nie ma równości, ale pod względem moralnym już być powinna.

wtorek, 22 września 2026

Dobre wieści z Indonezji

Cieszy mnie niezmiernie, że coraz bardziej szanuje się zwierzęta - zarówno te udomowione, jak i dzikie. Dlatego z radością przeczytałam, że w jednej z turystycznych destynacji zakazuje się już jazdy na słoniach:


Słonie nie zostały udomowione, co najwyżej w niektórych przypadkach stłamszone, zgłuszone i zmaltretowane w celu wymuszenia na nich posłuszeństwa. Dobrze, że niektórzy zaczynają dostrzegać, iż te wspaniałe stworzenia nie powinny być wykorzystywane dla naszej rozrywki.

sobota, 19 września 2026

Prawico, odczep się od bezdzietnych z wyboru!

Od dawna już "fascynuje" mnie zafiksowanie polskiej (i chyba nie tylko polskiej) prawicy na dzietności. Bezczelne i chamskie wpychanie nosa w cudze intymne wybory, wypominanie bezdzietnym z wyboru rzekomego egoizmu, wygodnictwa i karierowiczostwa, wycie, że Polska się wyludnia z powodu "niedojrzałości" młodych ludzi - to wszystko sprawia, że samo rodzicielstwo przestaje być indywidualną i jakże satysfakcjonującą decyzją, a staje się obowiązkiem wobec narodu. I za to mam do prawicy olbrzymi żal.

A przecież sama jestem matką i cieszę się, że nią jestem. Mamy jedno dziecko. Tylko jedno. Tak wyszło. Czasami żałuję, czasami nie. Jesteśmy ludźmi raczej ubogimi i nie dalibyśmy rady (nawet przy pomocy rodziny) zapewnić parce zbyt dobrych warunków. Nasza ukochana córeczka przyszła na świat dość późno, po dziewięciu latach związku. Szkoda, że nie urodziłam jej wcześniej. Ale przez długi czas żywiłam wobec rozmnożenia się sporą awersję. Moja matka nie szanowała tego, że nie chcę mieć (zbyt szybko) potomstwa i od zawsze mnie o nie męczyła - może dlatego tak nienawidzę obecnej prawicy z tym jej zbydlęconym podejściem do dzietności.

Może to zabrzmi niezbyt ładnie, lecz uważam, że nikt nie jest NIC winien społeczeństwu. Winni jesteśmy, owszem, ale nie całej populacji, lecz JEDNOSTKOM, które nam coś za darmo zaoferowały i zrobiły to z własnej nieprzymuszonej woli. A już na pewno nie mamy moralnego obowiązku rozmnażać się dla dobra wspólnoty. Macierzyństwo jest wspaniałe, ale i trudne. Nie jest dla każdego. Tylko ostatni prymityw obrażałby bezdzietnych czy małodzietnych (podobnie jak wielodzietnych), bo on akurat ma wizję ludnej Polski. Oczywiście każdy ma prawo osądzać, ale węszenie wokół cudzego tyłka uważam za odrażające.

czwartek, 17 września 2026

Czy Ty też martwisz się tym, że ktoś Cię "doi"?

Nie jeden i nie dwa razy, a po wielokroć czytałam gniewne pohukiwania, że ktoś na nas - Polakach, obywatelach - zarabia. Korporacje, firmy, szarlataneria, wreszcie - sam rząd. No dobrze, tylko co z tego? Czy mamy zrezygnować ze wszystkiego, co nie jest nam niezbędne do życia, żeby tylko ktoś na nas nie "żerował"? Paradne.

Czy nam się to podoba czy nie, zawsze będziemy albo potrzebować, albo pożądać jakichś rzeczy, usług bądź wrażeń. I trzeba będzie za nie bulić. Owszem, można próbować uciec od "systemu" w dzicz, żywić się tym, co sami wyhodujemy, a przyodziewać się... no właśnie, czym? Przygotowanie własnych ubrań wymaga już posiadania choćby podstawowego oprzyrządowania (krosna, igły, nici, etc), co wyklucza całkowitą samowystarczalność. Oczywiście można starać się być jak najbardziej samodzielnym, lecz społeczeństwa się nie wyrzekniemy. A wraz z nim - kapitalizmu.

Naturalnie pewne aspekty rzeczywistości aż krzyczą o korektę. Warto zatem hodować przynajmniej część własnej żywności, może zamontować fotowoltaikę, wymieniać się z sąsiadami przysługami, itp., itd. Ale nie uda nam się ujść całkowicie przed "tyranią" pieniądza.

środa, 16 września 2026

I oto wracam do blogowania na Blogspocie

Myślałam, że uwolniłam się od blogowania. A jednak nie. Jednak nie. Ciągnie wilka do lasu. Czy mam jeszcze o czym pisać po tych dwudziestu paru latach? Zobaczymy. Przychodzę tutaj z portalu Salon24.pl, który odrzucił mnie swoją bezmyślną cenzurą.

O czym będzie ten blog? Zapewne jak zwykle - o mnie. O moich przemyśleniach, doświadczeniach, życiu. Nudne to życie, fakt, ale może coś się uskłada na parunastozdaniowe wpisy. ;)

Zapraszam.

Źle się dzieje w państwie duńskim. Pardon, polskim!

Ostatnio miałam trochę do czynienia z polską publiczną służbą zdrowia, co zaowocowało autorytatywnym stwierdzeniem, że trzeba się koniecznie...